| Gdzie są moje hamulce !!!! |
Czy był ktoś na trasie maratonu w Gorlicach komu taka myśl nie przyszła do głowy ?
Załamanie pogody przyszło w piątek i solidnie popracowało nad trasą. Opady deszczu witały nas w od samego rana i jak się później okazało towarzyszyły bikerom aż do samej mety. Post factum można napisać, że nie było źle bo nie była to ściana deszczu a jedynie delikatny kapuśniaczek, który jednak cierpliwie robił swoją robotę. Dało się jechać, jednak z każdym kilometrem poziom trudności wzrastał, każdy miał swoje problemy na tej trasie. Jadący hobby musieli ryzykować na błotnistych i śliskich zjazdach gdyż krótki dystans i czas jazdy nie wybaczał błędów, a moment zawahania owocował stratami, które bardzo trudno było już odrobić.
Im dalej od startu tym robiło się ciekawiej, dystans mega musiał już zmierzyć się z dwoma solidnymi podjazdami. Pierwszy z nich wprowadzał stosunkowo wygodną drogą na przeł. Małastowską. Dalej już było bez sentymentów – stromy, śliski i wyczerpujący podjazd na Magurę osładzała jedynie grupka kibiców koło schroniska. Brudne okulary parowały i często wędrowały do kieszeni. Po ciężkim podjeździe czekało nas danie główne. Najpierw stroma ścianka pełna luźnych i bardzo śliskich kamieni, a potem zniszczona przez wodę droga pełna pułapek w postaci, kolein, wypełnionych wodą dziur oraz wielu innych przeszkód. Można się było tu już dobrze rozpędzić jednak mało kto chyba podjął takie ryzyko tym bardziej, że wpadające do oczu drobiny piasku, błota czy innych farfocli nie ułatwiały zadanie. Jak już napisałem okulary nie nadawały się do użytku po kilku kilometrach. W tym miejscy maratończycy zaczęli też masowo składać ofiary Królowej Gór w postaci klocków hamulcowych. Ta nie miała litości i bezwzględnie żądała nowych okładzin. Upatrzyła sobie zwłaszcza właścicieli tarczówek i niewielu udało się jej umknąć bez złożenia ofiary. Po serii zjazdów przeplatanych krótkimi podjazdami pojawiał się rozjazd na drugą pętlę.

Dystans mega leciał już w trupa do mety walcząc o każdą minutę, natomiast rowerowi męczennicy kierowali się do Bartnego skąd zaczynali drugą rundę. Najpierw krótki ale bardzo ciężki odcinek terenowy gdzie często trzeba było prowadzić rower, a potem długi fragment wiodący po asfalcie. Tutaj można było coś przekąsić, rower mógł też odetchnąć od błota. Można było przeczyścić okulary. Nic jednak za darmo gdyż taka jazda ogromnie wychładzała. Otwarta przestrzeń i spora prędkość w połączeniu z mokrym ubraniem nie zapewniała komfortu cieplnego.
Od Bartnego jechaliśmy już znaną nam drogą, znów podjazd na przełęcz i atak na Magurę. Niewielu nas zostało na trasie, kibice zrejterowali do ciepłego schroniska, panie na bufecie schroniły się w suchych wnętrzach samochodów, panowie strażacy w nieprzemakalnych kombinezonach i czapkach na głowie. A my w “coolmaxowych” wdziankach, brudni, mokrzy, zmarznięci i zmęczeni lecz zdeterminowani realizowaliśmy swój plan.

I znów kolejna seria zjazdów, komu zostały resztki hamulców to tutaj pozbył się ich już definitywnie. Stąd do mety pozostało około 20 km. Nadzieja pchała nas do przodu, dawała motywację do dalszej jazdy. Wielu z nas docierało do mety bez hamulców, z niedziałającym napędem, z pokrzywionymi czy pękniętymi hakami, zerwanymi łańcuchami. Wielu nie dotarło do mety gdyż sprzęt nie sprostał zadaniu i zawiódł w najważniejszym momencie.
Tak wyglądał ten maraton oczami startującego. Ktoś spostrzegawczy może zauważy, że nie pisałem o błocie. Nie pisałem bo błoto na tym maratonie było jak oczywista oczywistość. Było wszędzie- na drodze, na rowerze, ścieżkach, było nawet w naszych oczach. Cały czas towarzyszył nam chrzęst łańcucha, napęd rzęził przy każdej zmianie biegów. Każde mocniejsze depnięcie groziło zerwaniem łańcucha, urwaniem czy skrzywieniem haka. Błoto towarzyszyło nam cały czas, nawet asfaltowe odcinki nie pozwalały o nim zapomnieć.

W takich warunkach przyszło nam walczyć o kolejną porcję punktów do generalki. Nie ma , że boli, kto planuje dobry wynik musiał pojechać tak jak zawsze. To już siódma edycja Cyklokarpat w tym sezonie .Bywało różnie, dużo się działo. Po świetnej inauguracji w Przemyślu przyszło wiosenne załamanie pogody i rodzone w bólach maratony w Nowym Żmigrodzie i Żegiestowie.
Fortuna odwróciła się w Strzyżowie i zaczęło być coraz lepiej. Potem bardzo udany Pruchnik oraz znakomicie zorganizowany i ogromnie chwalony maraton w Iwoniczu Zdroju. Do udanych należy chyba również zaliczyć maraton w Gorlicach. Pomimo fatalnej pogody udało się zorganizować całe zaplecze potrzebne do zorganizowania imprezy w takich warunkach. Gorące prysznice, myjka do rowerów, znakomicie oznaczona trasa oraz wygodna i ciepła sala gdzie można było zorganizować ceremonię dekoracji. To detale, które jednak wyznaczają poziom jakiego należało by się trzymać.
Faworyci nie zawodzą. Jak można było się spodziewać już po pierwszej edycji, w tym roku na trasach Cyklokarpat rządzą bracia Szlachta ze Strzyżowa. Konsekwentnie jeżdżą swoje i wykorzystując własne możliwości bezwzględnie korzystają również z chwil słabości swoich rywali.
Ciekawie wygląda zwłaszcza rywalizacja starszego z nich – Wojciecha z Łukaszem Szumcem (Kania). Raz wygrywa jeden, innym razem drugi. Wynik nigdy nie jest pewny i na mecie można spodziewać się wszystkiego Zobaczymy co będzie dalej.

Łukasz za to bardzo mocno wszedł w sezon i podniósł poprzeczkę wysoko już od samego startu. Dorównać mu mogli jedynie Marcin Piecuch i Arek Cygan. Jednak wraz z upływem czasu coraz mocniej naciskają również inni kolarze. Coraz ładniej wchodzi w sezon Arek Krzesiński, Krzysiek Gajda również nie daje za wygraną i puka do drzwi z pucharami. Do ścigania wraca Tomasz Leśniak, który może mocno namieszać w czołówce. Trzymamy kciuki za wszystkich !
Na dystansie mega walka jest bardziej wyrównana i grono chętnych do wygranej znacznie większe przez co wyniki są bardziej zróżnicowane, a każda sekunda jest na wagę złota. Wśród głównych kandydatów do wygranej należało by wymienić Artura Kozaka oraz Andrzeja Ulmana. Niestety pierwszy z nich pomimo dwóch wygranych stracił już szansę na dobry wynik w klasyfikacji generalnej gdyż nie uzbiera wymaganych osiem startów. Andrzej Ulman również dwa razy stawał na najwyższym podium i chociaż inne starty poszły mu gorzej to obecnie jest głównym kandydatem do wygrania. Po piętach depcze mu jednak cały szereg młodych i ambitnych zawodników mających ochotę na wizytę na pudle i zgarnięcie całej puli. Krzysztof Matłok, Maciej Rudke, Damian Wójtowicz, Mateusz Dydek, Damian Hejnar - to są nazwiska, których szukać należy w tabeli wyników na czołowych miejscach i żadnego z nich nie można wykreślać z listy potencjalnych wygranych w generalce. Do końca sezonu jeszcze daleko, przed nami pięć kolejnych maratonów, do zdobycia duża ilość punktów i wszystko może się zdarzyć. Niech wygra najlepszy.

Poza najmocniejszymi kategoriami zażarta walka o wygraną toczy się w każdej innej kategorii. Walczą młodsi na dystansie hobby, walczą starsi na mega i giga. Za dużo by pisać o wszystkich bo trudno nawet to ogarnąć. Nie należy zapominać również o całej rzeszy bikerów, którzy jeżdżą na Cyklokarpaty po to aby dobrze się bawić, spotkać ze znajomymi, poznać nowe trasy, bo to oni właśnie tworzą ten szczególny klimat jaki mamy okazję przeżywać obecnie w letnie weekendy.
Za tydzień Komańcza. Żbiki już pracują na całego i zapewne jak zawsze zaproponują trudną i selektywną trasę, na której będzie można wiele wygrać ale jeszcze więcej stracić. To kolejny typowo górski maraton wymagający nienagannej techniki i dobrej kondycji. Zapraszamy !!!!
//Furman
|
|


|